Jak dobrze jest nie mieć husky czyli wyprawa z wilkami w głąb siebie

Dziś nie będzie o finansach.

Czemu? Bo tak. Bo ostatnio byłam na ekscytującej wyprawie i chciałabym się nią podzielić.

Zaczniemy od końca.

Było nas sześć. Sześć uczestniczek tej niezwykłej eskapady w głąb siebie, wyprawy po odwagę, wyprawy pomocnej w porzucaniu własnych ograniczeń. Każda w innym wieku, z inną przeszłością, teraźniejszością i planami. Przyjechałyśmy w Bieszczady, aż na koniec świata,  bo trafiłyśmy na stronę Magdy – niezwykłej dziewczyny „wędrującej z wilkami”. I jej słowa wpłynęły na nas na tyle, że zapragnęłyśmy przeżyć to, o czym pisze.

Obiecałam, że zacznę od końca zatem napiszę najpierw co „przywiozłam” z Bieszczad.
Otóż przywiozłam nowo nabytą świadomość: jak dobrze jest nie mieć husky!
Piszę to ja, miłośniczka cavalierów. 
Husky oznacza tu nie tylko psa, zbyt silnego dla mnie, ale pozwala mi zrozumieć jak istotne jest, by wybierać do mojego życia tylko te elementy, które chcę w nim widzieć, które są dla mnie dobre, które poprawiają moją codzienność.

Czy nie ciągnę ze sobą dzień po dniu czegoś, co jest dla mnie zbyt ciężkie, udając, że sobie dobrze radzę? Czy sama wytyczam kierunek mojego życia, czy wręcz przeciwnie – jakiś silny husky ciągnie mnie tam gdzie chce, w tempie jakie jest dla niego wygodne?
Cenne pytania, cenne odpowiedzi. I paradoksalnie świetne doświadczenie utraty kontroli. Można ją stracić, wbrew swojej woli, a mimo to przeżyć. I stanąć potem już pewniej by powiedzieć: jestem silna.

Jeśli w przygodzie z husky szukasz kontaktu z naturą, braterstwa – możesz go nie znaleźć.
Ja nie znalazłam.
Odkryłam za to pokłady determinacji, siły, a momentami lęku, który mnie bardzo zaskoczył. Pozory mylą. Patrz uważnie, współodczuwaj, uczestnicz – tylko tak poznasz prawdę. To rada na życie – nie tylko na wyprawę.

Warsztaty psychologiczne prowadzone przez Magdę to dobre doświadczenie. Magda współuczestniczy, prowadzi, daje przestrzeń i możliwość zrobienia kroku w tył, a czasem motywuje do aktywności. Jej ćwiczenia pozwalają odkryć to, co dla nas ważne – i dać sobie szansę na zaakceptowanie tego. Można też przejrzeć się w oczach innych osób i odkryć ze zdziwieniem spójność tego co widzą, z własnymi wartościami, tymi najgłębszymi (piszę to ja, Mama Muminka i pozdrawiam przy tym Mirellę!).

Zdziwień jest wiele – również po powrocie. Na przykład myśl: chciałabym znów. Mimo, że „fruwałam” po lodzie przypięta do tego silnego zwierzaka – i wówczas chciałam przestać, natychmiast, w zasadzie 10 minut po rozpoczęciu. Ale nie przestałam, dzięki czemu w nagrodę przyszła satysfakcja. Taka szczególna. I ona, z oddali, kusi mnie znów.

Dobrze jest czasem zaufać. Po prostu zaufać, że to co mi się przydarza, jest dobre dla mnie. Nawet gdy boli i wymusza dostosowanie.

Jestem absolutnie pewna, że każda z nas – uczestniczek tej wyprawy ma inne odczucia po niej. Bo każda z nas była inna. Obstawiam, ze równie dobrze moja koleżanka z pokoju, Renata, mogłaby napisać „jak wspaniale byłoby mieć husky – codzienne wyzwanie”.
I to jest cudowne. Bo różnorodność jest olbrzymią wartością. Cieszmy się nią.

Wrócę jeszcze do tego co bolesne: do lęku.
Współuczestnicząc, możemy spotkać go tam, gdzie jest najmniej spodziewany. Na przykład maszerując przez ośnieżony las, z pięknym, silnym psem i spotykając robotników pracujących przy wyrębie. Droga jest prosta. Robotnicy przyjaźni. Przeszła już praktycznie cała grupa. Zostałam ja, Asia, Magda i… kudłata Mocca. To ona się boi. W swym życiu doświadczyła już tyle złego od ludzi, od mężczyzn, że nie przejdzie obok nich, to ją paraliżuje, jest przerażona.
Nie naciskamy. Jej strach jest wręcz namacalny, więc po prostu wchodzimy w las i przedzieramy się przez krzaki, by Mocca nie musiała przechodzić tak blisko ludzi, zbyt podobnych do tych, którzy ją kiedyś skrzywdzili. To nic takiego – nadłożyć drogi – jeśli przy tym odkrywamy, że empatia jest siłą dobra i może nas zbliżyć. Czasem tego właśnie potrzeba.

Lęk dotyka również mnie: ślad łapy niedźwiedzia na śniegu sprawia, że zaczyna mi się spieszyć, w pewnym momencie wyprzedzam nawet psa. Zważywszy, że chwilę wcześniej znalazłyśmy na śniegu krwawe ślady postrzelonego przez myśliwego zwierzęcia, spotkanie świeżo obudzonego misia byłoby oznaką pewnej sprawiedliwości między światami zwierząt i ludzi.
Na szczęście sprawiedliwość nie istnieje i bezpiecznie wychodzimy z lasu…

Jeśli Cię zaciekawiłam – zapraszam na stronę Magdy:
http://www.wedrujacazwilkami.pl/

I doprecyzowuję:  to nie jest artykuł sponsorowany. To jest artykuł z potrzeby serca!

Odwagi Wam wszystkim życzę!